od jutra nie pracuję w domu, od jutra odbieram telefon oraz fax i jestem do dyspozycji. od jutra będzie jak należy: praca w biurze, związek w domu i godzenie życia siakiego z owakim. jutro przybijamy tabliczkę obok pokoju 314 i stajemy się pozarządową korpo.
i get a taste of blood in my mouth when you're near
nie wracam i nie szukam już od dawna. Ona została w innym świecie, innym porządku, czasem widzę Ją w snach i budzą mnie wyrzuty sumienia, ale wystarczy pomyśleć o jednej z tysiąca rzeczy, które mnie codziennie stresują i już Jej nie ma, minęła, nieważne.
a jednak tam była. wśród 40 tysięcy osób, ze mną i z N., słyszała i widziała to samo. ani na moment nie potrafiłam wyłączyć myślenia o tym, co mam zrobić, kiedy Ją zobaczę, jak mam się zachować, co powiedzieć. czy można mnie w ogóle prosić o udawanie, że Jej nie widzę, nie znam, nie rozpoznaję?
potrzebuję realu. mieszają mi się wymiary, używam domysłów, mylę się w ocenach, nie skupiam uwagi. składam się z kwestii proceduralnych i dominujących emocji. ciągle tych samych.
kiedy tylko przestaję pracować, momentalnie czuję, że zanurzam się coraz głębiej i głębiej. praca, czytanie, pisanie - to wszystko tylko przesłony, tak jak i relacje między ludźmi. tak, nawet posiadanie dzieci nic by tu nie pomogło.
kiedy tylko przestaję pracować, czytam dzienniki samobójczyń.
czas planowania budżetów i dokonywania zestawień. te same rzeczy po stronie "ważne" co po stronie "trudne". najgorzej robi się pomiędzy refleksją, że zmieniła się cyferka na przedzie a czterysta którąś stroną doktryny szoku. ten rok nie może być taki jak nowy rok, bo zwyczajnie nie dociągnęłabym do 2010. a przecież chcę dociągnąć, co prawdopodobnie oznacza bankructwo ideowe tego bloga.
nie można sobie brać tyle na głowę, dlatego obiecuję solennie: już nigdy nie będzie takiej jesieni
[tak jak w tytule śpiewałam w dziecięctwie mój ulubiony ponoć utwór wówczas. utwór, który powrócił - w jednym pakiecie z wiązką innych silnych wrażeń. czuję się jak emo, słuchając tego pakietu]
odzyskuję głos, kiedy znika. jeszcze na peronie mówi stałam się mniej samodzielna, nie przestajemy się słyszeć nawet, gdy pociąg rusza, w hali odlotów rozłączamy się dopiero na trzy-cztery. martwię się, że na lotnisku leifa eriksona będzie mgła.
pamiętam dokładnie, kiedy ujrzałam Ją po raz pierwszy. to był piątek, 23 września 2005 roku, wyprawa do zakopanego, umówione byłyśmy na godz.14.30, nastąpiła drobna obsuwa, więc to musiało być ok. 14.45. jasne, że wyobrażałam sobie - w końcu wymieniłyśmy kilka mejli, widziałam Ją na zdjęciu, prawie wpadłyśmy na siebie tamtego lata w rumunii. poza tym, nie chciała się ze mną umówić na kawę, co było wystarczającym powodem, żeby się Nią zainteresować. tamtego dnia była tak obezwładniająco zmęczona, że nawet nie zdążyłam pomyśleć, jakie to ryzykowne - zakochać się w zmęczonej kobiecie.
słucham zespołu, który nazwę zaczerpnął z kafki i zawieram znajomości na laście.